środa, 25 marca 2015

Prawie Indie, a to dalej Kuala Lumpur! - drugi dzień w Malezji i o tym, jak Katarzynie odechciało się wycieczki do prawdziwych Indii



ZIELONA MAŁPA PACZY!!!

Wesoło powitał nas kolejny malezyjski dzień! Powstaliśmy całkiem wypoczęli, bo SPALIŚMY (WOW! poprzedniego dnia z uwagi na lot nie było nam to dane), choć materace, a już w szczególności poduszki do najwygodniejszych nie należały, oj nie... 

sobota, 21 marca 2015

HAUL ROKU! - chiński market w Chinach i czarne lody prosto z piekła

Ahoj! Miało być o indyjskich bałnsach w Malezji, ale zdjęć jest miliard, a w Głandzoł pogoda wstrętna i cały czas chce się nam spać... Wobec tych nieszczęść musicie się tymczasem zadowolić naszym zakupowym szaleństwem, a Malezja powinna przybyć już niebawem. A z nią atak ZIELONEJ MAŁPY! Zostańcie więc z nami!

Tak się dziś nieszczęśliwie złożyło, że musiałyśmy porzucił sobotnie plany zalegania w barłogu (to nasz jedyny dzień bez roboty, chlip) i WYJŚĆ z mieszkania. Decyzja ta okazała się słuszna, albowiem już po kilku krokach oczom naszym ukazał się McDonald's (które w Chinach są na co drugiej ulicy, razem z KFC, Pizza Hut i Starbusiem), a w nim nowy smak lodów! CZARNE jak sam diabeł! \m/

niedziela, 15 marca 2015

Co w Chinach boli nas najbardziej, spędza sen z powiek, a i czasem skłania do myśli o powrocie do ojczyzny? CHIŃSKA KUCHNIA! UWAGA, drastyczne zdjęcia!

Hej ho, hej ho! Dziś przerywamy na chwilę cykl notek o szalonych podróżach, albowiem musimy w końcu wyrzucić, co nam na sercu, wątrobie, a szczególnie ŻOŁĄDKU leży. Leży, BA! Zalega od półtora roku i niszczy nam trzewia! A jest to osławiona, wychwalana pod niebiosa i uznawana za jedną z lepszych na świecie... CHIŃSKA KUCHNIA!

Okej, wiemy, Chiny są duże. Byłyśmy i na północy i na południu i na wschodzie, a Keczup nawet i w Syczuanie tarzała się z pandusiami. W różnistych regionach królowały różniste potrawy, niektóre niezłe, niektóre pyszniutkie, a inne wstrętne i konsystencją przypominające nasze polskie flaczki, mniam. Niestety, z niewiadomych nam do końca powodów, postanowiłyśmy osiedlić się w naszym Guangzhou, zwanym również Kantonem. Przed przyjazdem czytałyśmy różne mądre rzeczy, z których wynikało - kantońska kuchnia jest wspaniała! A dzięki bliskości morza będziemy cieszyć się świeżutkimi rybami i owocami morza. Zwykłymi owocami też, a jak!

Srogo się zawiodłyśmy.

Ryby są, Z GŁOWĄ. I wnętrznościami. Owoce morza też. Tak świeże, że śmierdzą szlamem. Najlepiej przynieść je do domu jeszcze żywe, bo najświeższe (nasza współlokatorka Chinka kiedyś bawiła się z krabami, nawet urządziła im walkę, po czym radośnie wrzuciła je do wrzątku... nie, nie mieszkamy już z nią). Owoce w cenach około 10-20 zł za kilogram zawsze dostępne w markiecie za rogiem. O słodyczach można zapomnieć, chyba że ktoś lubi gluty z lotosa. Keczup zrezygnowała nawet z chipsów (jej potężne uzależnienie), bo smaki takie jak głowa ryby, kociołek ze świni czy zielony ogórek doprowadzają ją do rozpaczy.

Nie ma co się dalej rozwodzić... Mamy dowody! Keczup dnia pewnego, wracając z pracy, postanowiła rozejrzeć się w poszukiwaniu czegoś zjadliwego. Pracuje ona niestety w wyjątkowo paskudniej dzielnicy, zwanej Świńską Dzielnią, gdyż śmierdzi tam świnią, jeżdżą ciężarówki z załadowanymi na nie świniami lub panowie na motorynkach rozwożący świeżutką świninę. Jak łatwo się domyślić, spacer nie zaobfitował obiadem... A teraz patrzcie i radujcie się!

Kurczak z głową i pysznym dziobem, a po lewej słynna ryba z głową! Ceny bardzo atrakcyjne!


piątek, 6 marca 2015

Prawie Arabia, a jednak Kuala Lumpur! Pierwszy dzień w Malezji + dzioby ptaków gratis



HELOŁ MALEZJA!
Tak oto zakrzyknęliśmy, wysiadając z samolotu linii AirAsia. Pomimo, że zdarzyło im się ostatnio kilka katastrof, lot był przyjemny, a jadło znośne (chociaż Katarzyna ukradła ayam percika, na którego ostrzyła sobie zęby K. Keczup). Po kilku spacerkach wte i wewte zlokalizowaliśmy autobus do miasta (legendarna stacja KL Sentral, która jest centrum WSZYTKIEGO) i za całkiem rozsądne pieniądze rozsiedliśmy się w fotelach. Była to godzina 6 w nocy (zgroza!), więc sen nadszedł szybciutko i nim się człowiek obejrzał, już był zakwaterowany w hostelu (w samym środku Chinatown, gdzie zawsze można liczyć na przyjaciół Chińczyków), umyty i tak dalej. Wycieczka stanowczo nie zezwoliła na krótką drzemkę regeneracyjną, więc ruszylim w miasto!

sobota, 28 lutego 2015

Bakpakierka i żulerka - wyprawa do Azji Południowo-Wschodniej


Pocieszcie oczy polami herbaty w Malezji!

Stało się! Wakacje się pokończyli, pieniądz też i trzeba było wracać z szalonych wojaży. Do naszego Guangzhou! Część wycieczki w osobie Katarzyny nie mogła się już doczekać i z tego powodu spędziła ostatni dzień w Bangkoku siedząc w Chinatown, a na lotnisku całowała chińską ziemię... No cóż.

środa, 4 lutego 2015

Wielki Budda w Hong Kongu, czyli o lęku wysokości i o tym, jak się tam w ogóle dostać.

Jak już wiecie z naszej poprzedniej notki, musimy regularnie wyjeżdżać do Hongkongu by na obleganej z obu stron granicy dostać magiczne pieczątki, które obwieszczają, że NIE SOM MY JUŻ W ZHONG GUO albo, że już do Chyńskiej Macierzy wrócili. Podczas jednego z takich wesołych visa tripów postanowiłyśmy zobaczyć wreszcie wielkiego Buddę, którym jarają się wszyscy, co do Hongkongu jeżdżą. A było to tak...

Jak dostać się do Wielkiego Buddy?

My wybrałyśmy drogę dla prawdziwych  hardkorów. Podobno jedyną i słuszną.
1. Dojechałyśmy na stację: Tung Chung Station Exit B. Był to prawdziwy koniec świata. Jechało się tam baaardzo długo mijając nawet stacje przesiadkowe do Disneylandu i na lotnisko. Może ze 40 minut, a może godzinę. Niestety teraz nie pamiętamy
2. Wzięłyśmy kolejkę linową: Ngong Ping Cable Car. Bilety na podróż w obie strony kosztowały około 165 HKD (była też opcja z przezroczystą podłogą za bodajże 255 HKD i opcja łączona 1+1 za 230). Przejazd zajmuje około 25 minut i... o tym będzie później
3. Po opuszczeniu kolejki maszeruje się luzaczkiem około 10 minut

Tu zaczyna się opowieść właściwa. Otóż... Katarzyna bardzo, ale to bardzo nie lubi wysokości. Podchodzenie do balkonu na wysokim piętrze przyprawia ją o drżenie nóg, gdy inni ludzie stoją nad urwiskami ona dostaje ataku paniki, a każde wchodzenie na przeróżne wysokie wieże ma ona za idiotyczną stratę pieniędzy.  Niestety Katarzyna jest też człowiekiem zewnątrzsterowalnym i skrajnie nieasertywnym, więc dała się namówić na taką atrakcję. Początkowo nastawiała  się może na trekking i ewentualny powrót kolejką, jednak słaby czas mówił wszystko: BĘDZIESZ WISIEĆ!
Potwornie więc zestresowana, ze szklącymi się oczami i bólem brzucha czekała więc z innymi uczestnikami wycieczki, by zakupić bilety do miejsca swojej kaźni. 

Na szczęście Keczup stał w pogotowiu i obronił mnie stanowczo nie zgadzając się na przezroczystą podłogę. Chciałabym jej w ty miejscu serdecznie podziękować i powiedzieć, że mogę jej nawet kupić Jojo Kaczki jako dar mego serca.

A teraz ENJOY THE VIEW, czyli co trzeba było znieść!

wtorek, 3 lutego 2015

Kierowca opętany przez Dżinna! Spotkanie z lolitami z Hong Kongu i o tym, jak wywieźli nas na Sai Kung

Na naszym blogasiu zrobiło się ostatnio dość LOLYCKO, ale już w piątek wylatujemy do Malezji, więc  skończą się ładne ubrania, a zacznie prawdziwa bakpakerka. Będziem się odziewać w szmaty, chodzić od rana do nocy zlane potem i spać we wstrętnych norach wraz z karaczanami. Jeśli interesują Was tego typu atrakcje, to już niebawem! Zostańcie więc z nami<3

Na razie kolejna relacja z wydarzenia wręcz kulturalnego.

Jako, że wiza biznesowa wymaga wyjeżdżania z Chin przynajmniej raz na 2 miesiące postanowiłyśmy udać się na ZAGRANICZNE WOJAŻE. Niebawem nasz szalony wyjazd wakacyjny, więc na dalekie zagranice nie było czasu ni PINIĘDZY, padło po raz kolejny na Hongkong. Nie jest to opcja najbardziej leniwa jako, że można też udać się autobusem do Zhuhai, przekroczyć granicę, zaczerpnąć powietrza po stronie Macau, a później wrócić sprytniutko do Chińskiej Macierzy, tak więc wykazałyśmy się odrobiną wysiłku.



Tak oto wygląda granica CHRL i Hongkongu. Tak, tak, wiemy: Na granicy nie można robić zdjęć.